Project Description

Jesienna „TERAPIA LOFOTEN”

Malutki, drewniany domek na długich palach wbity prosto w dno samego morza. Świecący księżyc odbity w tafli ciemnej mieniącej się wody. Śpiewające mewy i zapach ryb unoszony przez morską bryzę. Do tego ciepły koc z owcy i smak czerwonej herbaty…

Kawałek nieba na ziemi!

Dokładnie tak zaczęliśmy ostatni weekend po 4 godzinnej podróży promem przez niekończący się fiord. Naszym celem był  fizyczny odpoczynek, od biurowego siedzenia.  I psychiczny od ilości wchłoniętych informacji, obowiązków i stresów w pracy. Marząc o jednym- RELAKSIE. Rozluźnienie ciała i oczyszczenie umysłu przed kolejnym ciężkim tygodniem w pracy. Upojenie zmysłów energią czerpaną prosto z natury. Radocha z małych rzeczy. Innymi słowy, potrzebowaliśmy terapii Lofoten!

No plan more fun!

Uwielbiam Archipelag wysp Lofoten jesienią. Po pierwsze dlatego, że kolory muśnięte są złotą barwą, a czerwone jarzębiny kontrastują z żółtymi liśćmi na tle majestatycznych gór. Po drugie, dlatego że ruch turystyczny jest znikomy, a nasze ukochane RORBU dostępne jest tylko dla nas i jest udostępnione tylko na nasze potrzeby.  Otóż, koleżanka Zdena z pracy posiada swoje własne czerwone rorbu w sercu samych Lofotów. W sezonie letnim nie sposób się tam dostać, gdyż turyści z całego świata z rocznym wyprzedzeniem pragną spędzić wakacje właśnie tam. My natomiast mamy to szczęście, że nasz pobyt w tym cudownym miejscu dostosowujemy do warunków pogodowych.

Podróży na Lofoty nigdy nie planujemy wcześniej niż 3 dni przed wyjazdem. Tym razem też tak było. Britt cieszyła się, że ktoś zadba o jej ślicznie urządzoną chatkę, a my cieszyliśmy się że termometr miał pokazywać +12 stopni. Wszystko wskazywało, że lepiej być nie mogło. 🙂

AZYL

Pierwszy dzień na wyspach zaczął się dość spokojnie. Wtulona w owcze krzesło, z kubkiem gorącej kawy wpatrzona byłam na spokojny fiord i unoszącą się nad nim mgłę. W ogóle nie miałam ochoty ruszać się z tego urokliwego miejsca. Opuszczać ten cudowny azyl? Tu i teraz? Wyjść na dwór jak tutaj jest tak pięknie? Męczyć się w pocie czoła na niekończącym się trekkingu? Przecież, po co mi to jest w ogóle?

Zew przygody

Nagle moje myśli przerwał donośny ziew Zdena, który dopiero co się obudził. Wszedł do pokoju z zafascynowaną miną. Błyskiem w oku, który prawie mnie poraził. Radością małego dziecka, i ogromnym uśmiechem. Na twarzy wymalowaną miał  chęć przeżycia przygody życia. Właśnie dzisiaj. Tu i teraz. W ręku trzymał ogromną mapę wysp. A w głowie miał tysiąc planów. Wszystko było jasne, mamy maksymalnie godzinę żeby wydostać się z mojej OAZY spokoju. Pokoju. Perfekcjonizmu. Strefy komfortu. Miał tyle planów, że głowa mała.  Ale przecież weekend ma tylko dwa dni!

Oczywiście nie było czasu do stracenia. Krótki stretching. Szybkie śniadanie. Spakowany dron, osmo, gopro, nikon. Hej przygodo! Ruszyliśmy w krętą drogę na eksplorację cudownych i nieznanych dotąd dla mnie zakątków malowniczych rajskich arktycznych wysp Lofoten.

UNSTAD

Pogoda  od samego rana nie wróżyła najlepiej. Było bezwietrznie z małą niewidoczną mżawką i przebijającym się przez grube chmury słońcem. Ciemne chmury zasłaniały dużą część nieba, ale obserwując radar wiedzieliśmy, że po południu wszystko ma się wyczyścić. Ponadto był przypływ i tym samym idealne warunki warte odwiedzenia szczególnie jednego  miejsca w którym jeszcze nigdy nie byłam- cudowną i jedyną w swoim rodzaju plażę UNSTAD. Miejsce to znane jest na całym świecie dzięki swoim wyjątkowym walorom przyrodniczym. Piaszczysta, długa 2 kilometrowa plaża położona na 68 szerokości geograficznej nad samym Oceanem Atlantyckim. W świecie surferów uznawana jest za najdalej na północ położoną plażę i raj do surfowania. 

Surf under the Northern Light – FILM

To właśnie tam odbywają się międzynarodowe rankingi, konkursy i festiwale surfingowe przy świetle zorzy polarnej. Plaża  otoczona jest stromym łańcuchem gór od strony lądu, sięgającym ok 700 m n. p. m. Takie położenie wraz ze skalistym dnem oceanu nadaje temu miejscu światowej klasy wysokich fal. Raj dla miłośników surfingu, kitesurfing czy wszelkiego rodzaju sportów wodnych, nurkowania z rurką, albo morskiego canoe!

Chillout

Była idealna pogoda na zaobserwowanie pokaźnych fal wraz z odważnymi surferami walczącymi w pienistym groźnym morzu. W życiu nie widziałam tylu ludzi naraz w wodzie za kołem podbiegunowym! Widok był naprawdę egzotyczny. Zapach ogniska i grillowanych kiełbasek unosił się z daleka, a rozstawione namioty i campery wokół długiej plaży z widokiem na “ludzi morza” zainspirował mnie. Sama zapragnęłam stać się częścią tego całego przedsięwzięcia. Totalny chillout. Beztroska. Jedyne zmartwienie to złapać FALĘ i utrzymać się na niej jak najdłużej! Nikt nie zważał na to, że trochę pada, jest wilgotno a nisko osadzone ciemne chmury dodają dramaturgii całej scenerii.

Wikingowie

Z takim widokiem poszliśmy na 2 godzinną wyprawę prosto na sam koniec łańcucha górskiego kończącego tą wspaniałą plażę. Tam otworzył się nam fenomenalny widok na bezkres oceanu,i jeszcze większe fale w oddali, a po chwili wyszło słońce przebijające się przez dominujące chmury. Widok niczym z serialu Wikingowie. Dynamiczni surferzy nadali życia temu miejscu, a światło dodało mistycznych kolorów. Z takim pejzażem zjedliśmy lunch i czym prędzej  wróciliśmy do auta. Pogoda powoli zaczęła się klarować, a to znaczy że czas na inne miejsce i kolejną wycieczkę!

Reinhaugen- 450 m n.p.m., Vestvågøya

Mieliśmy tylko weekend na eksplorację wyspy Flakstadøya i Vestvågøya (realnie niecałe 2 dni) a planów było sporo, bo aż 5 wycieczek w programie! Dużo, ale dla chcącego nic trudnego! Druga górka na którą mieliśmy się wdrapać była niewysoka, jedyne 450 m n.p.m., więc prawie na nią wbiegliśmy po drodze spotykając jedną parkę Norwegów. Pogoda polepszyła się diametralnie. Słońce oświetlało cudowne jeziora i fiord odkrywając turkusowe kolory wody, a my z dronem na plecach wybiegliśmy na sam szczyt, pragnąc zamiast drona mieć skrzydła i sami chcieliśmy polecieć nad tymi cudownymi miejscami. 

Gniewni ludzie północy!

Widok na fiord wpływający do Oceanu był nieziemski. Łuk wysokich i wyrastających z wody oświetlonych słońcem i udekorowanych chmurami gór był wspaniały. Jesienne złote kolory idealnie komponowały się z morzem, więc nie mogłam doczekać się aby wszystko dokładnie udokumentować naszym quadrocopterem! Niestety, dron w ogóle nie chciał z nami współpracować. Piszcząc i świecąc z każdej możliwej strony nie mógł połączyć się ze sterownikiem. Na nic, aktualizacja programu. Włączanie i wyłączanie telefonu. Reset aplikacji. Nie chciał wylecieć i koniec. Ze złości miałam ochotę  go tam zostawić. Wiem, nic by to nie dało. Usiedliśmy zrezygnowani i napajaliśmy się cudownym widokiem odliczając minuty do kolejnego deszczu.  Lokalne deszcze przychodziły i odchodziły bardzo szybko (typowe dla klimatu wyspowego i tego okresu), a ten którego się spodziewaliśmy w ogóle do nas nie doszedł.

Do 3 razy sztuka!

Trzeci szczyt zaczęliśmy tuż przed zachodem słońca, tylko po to żeby ewentualnie móc pożegnać się ze światłem będąc już na samej górze. W nogach mieliśmy już ponad 1000 metrów więc powoli zaczynaliśmy czuć zmęczenie, a ostatnia nasza destynacja była wyjątkowo stroma i bolesna.

Własnym szlakiem- Trolltindan, 305 m n.p.m.

Tak „efektywne metry wysokościowe” (stromy i wysoki stok górski :P) pokonaliśmy w zabójczym tempie, znajdując się na wierzchołku po 35 minutach od samego parkingu. Głównie dlatego, że w ogóle nie trzymaliśmy się ścieżki tylko wyznaczyliśmy swoją trasę. Nie było łatwo, bo zbocze pokryte było grubo zarośniętymi mchami w które łatwo się wpadało i ciężej wychodziło. Ale wyznajemy zasadę im bardziej niedostępna góra, tym ciekawiej! Po wejściu na wierzchołek, złapaliśmy oddech, udokumentowaliśmy trzeci szczyt i czym prędzej zaczęliśmy zbiegać wraz z zachodzącym już słońcem.

Ryba + Wino= ♥

Nie mogliśmy zbyt długo cieszyć się widokami gdyż, byliśmy umówieni ze znajomymi, których obiecaliśmy odwiedzić. Po przesympatycznym spotkaniu, zmęczeni ale zaspokojeni całym dniem wrażeń pojechaliśmy do naszego cieplutkiego rorbu po drodze kupując obiad (Zdena ulubiony przysmak) lokalne BACALAO. Przepyszny gulasz z dorsza i czarnymi oliwkami, idealnie pasował do włoskiego czerwonego wina, które przywieźliśmy z wakacji prosto ze słonecznej Italii. 

Wieczór zapowiadał się wspaniale. Niebo z tysiącem kolorów, oświetlone gwiazdami nadało naszej kolacji lepszego smaku. Mimo iż byliśmy bardzo zmęczeni, byliśmy przygotowani na bieganie z aparatem po molo dokumentując potencjalną ukazującą się nam zorzę polarną. Dla nas wieczór dopiero się zaczynał. Ale o tym w kolejnym wpisie, na który już zapraszam!