Project Description

SVALBARD– norweska prowincja w Arktyce


FAKTY:
ARCHIPELAG WYSP SVALBARD NA MORZU ARKTYCZNYM
STOLICA LONGYEARBYEN
LICZBA MIESZKAŃCÓW ok. 2700
LICZBA NIEDŹWIEDZI POLARNYCH ok. 3000
NAJWYŻSZĄ WŁADZĘ SPRAWUJE GUBERNATOR
ARCHIPELAG JEST STREFĄ ZDEMILITARYZOWANĄ
POŁOŻONY 1100 KM OD BIEGUNA PÓŁNOCNEGO


 

Czy Istnieje lepsze uczucie od tego kiedy wiesz, że za chwilę ma spełnić się jedno z Twoich największych marzeń? Od 9 lat pragniesz polecieć na odległy archipelag  wysp Svalbard, i nagle Twój samolot właśnie tam ląduje. Przecierasz oczy z wrażenia widokami zza okna samolotu w duchu myśląc sobie: Jest o wiele piękniej niż mogłam sobie to w ogóle wyobrazić! ?  Czujesz jakby samolot przeniósł Cię do świata fantasy. Po chwili otwierają się drzwi i uderza Cię mroźne arktyczne powietrze. Wychodzisz na zewnątrz tak podekscytowana, że nie wiesz czy zamiast ludzi nie przywitają Cię niedźwiedzie, a przed Twoimi oczami rozpościerają się potężne pola lodowcowe i strefa wiecznego śniegu! Tak, właśnie uświadamiasz sobie, że jesteś zaledwie 1100km od samego bieguna północnego.  Witaj na Svalbardzie!🙂

Prezent

Tylko, że to marzenie wcale nie było moje ale Zdena, które JA dostałam w prezencie na MOJE urodziny! To uczucie kiedy mój mąż wie najlepiej czego mi najbardziej potrzeba- bezcenne!

Zdena fascynacja wyspami Svalbard rosła odkąd go tylko poznałam. Po jakimś czasie moja irytacja powoli zaczęła przemieniać się w ciekawość. Przyznam, że po tym jak tylko przeczytałam, że na wyspie mieszka więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi, zapragnęłam tam pojechać i doświadczyć prawdziwej arktycznej przygody na własnej skórze !! Tak, tak …wiem że są niebezpieczne i trochę się bałam (ale do tego jeszcze wrócę).  😛 

Prowincja Norweska w Arktyce- 78°13′N 15°33′E

Surowe krajobrazy i rześkie powietrze przywitały nas w ten marcowy weekend w samej stolicy Longyearbyen- najdalej na północ zamieszkałym mieście na świecie! Archipelag wysp Svalbard wielkością przypomina Litwę, a 60% całego terenu (36 600 km²) pokryte jest lodowcem. Przez cztery miesiące panuje tu noc polarna, słońce nie zachodzi za horyzont od  kwietnia do sierpnia, a w łazience bieżąca woda jest ciepła przez cały rok. Termometr ukazał -25 stopni, a silny wiatr arktyczny przesłał pozdrowienia prosto z samego bieguna północnego, tak że czułam jak zamarzają mi soczewki na oczach. Do głowy przyszła mi tylko jedna myśl: kto może tutaj w ogóle mieszkać? Na lotnisku przywitał nas pierwszy niedźwiedź polarny i autobus którym dostaliśmy się do “centrum miasta”. Była to praktycznie jedyna możliwość, z racji tego iż na Svalbardzie jest ok. 50 km drogi asfaltowej i nie każdy mieszkaniec posiada auto, w sumie to mało kto je posiada. Za to każdy lokalny porusza się skuterem śnieżnym.

Na końcu świata

Nasz motel usytuowany był na samym końcu miasta ok. 2,5km od samego centrum. Zdeno zamawiając nocleg z dala od tętniącego życiem miasta haha, myślał że szanse na spotkanie niedźwiedzia będą większe:D A tak naprawdę to tak samo jak cudowne arktyczne krajobrazy zwalają z nóg tak samo gigantyczne ceny za noclegi na całej wyspie. Nasz motel wyglądał jak nasze baraki studenckie w miejscowości Bø na południu Norwegii. Pokój bardzo skromny, 2 łóżka po jednym na każdej stronie. Umywalka, szafa i jeden grzejnik. Łazienka była wspólna na pierwszym piętrze. Na drugim natomiast była kuchnia- wypełniona pozostałościami jedzenia z każdego zakątka ziemi. Od krakersów szwedzkich, po kabanosy polskie, aż po czekoladę rosyjską z głową dziecka na obrazku, skończywszy na chińskiej herbacie. Wszystko zostawione po przejedzonych turystach. My oczywiście też dowieźliśmy swoje ulubione smakołyki (słowackie wafelki Horalky musiały być!), ale te zjedliśmy sami. Mimo iż motel był na totalnym odludziu, to jego cena przypominała cenę za nocleg w centrum samej Wenecji (SZOK *kr 1200=ok. 600zł/noc). No dobra.. w Wenecji było trochę drożej

Owocojad

Na szczęście wszystko poza noclegiem jest o wiele tańsze, a przynajmniej nam się tak wydawało.  W restauracjach (których jest aż 21, dużo jak na wielkość miasta) jedzenie jest o połowę tańsze, niż na kontynencie. Poza owocami i warzywami. Pierwszą rzeczą którą sprawdziłam w sklepie to OWOCE. Kocham owoce. Zdeno mówi na mnie  “owocojad”. Niestety były dwa razy droższe niż w Bodø. Mieszkając tam musisz przygotować się na sporadyczne braki w asortymencie. Dla przykładu będąc na wyspie,  przez cały ten czas nie było nabiału (tydzień bez ukochanego jogurtu ?), ponieważ ciężkie warunki pogodowe opóźniły dostawę. Co więcej Svalbard ma własny browar Svalbard bryggeri (link), który jest najdalej położonym browarem na świecie. Nie dość że lokalne piwo smakowało bajkowo to jeszcze było dwa razy tańsze od tego które możesz kupić w Bodø *(ok 50 koron za pół litra, podczas gdy nasze lokalne kosztuje ok. 90-120 koron). Nic dziwnego, że mieszkańcy wyspy mają wprowadzone karty na alkohol. Co to znaczy w praktyce?

Procentowe karty

Osoby mieszkające na Svalbardzie posiadają własną imienną kartę na alkohol, którą muszą okazać w sklepie przed zakupem jakiegokolwiek trunku. Każdy jeden zakup % rejestrowany jest na karcie pieczątką z datą zakupu. Turyści zobowiązani są posiadać ze sobą bilet lotniczy na którym dostają swoje własne pieczątki, przedstawiające ilość zakupionego alkoholu w danym miesiącu. Maksymalny zakup alkoholu na wyspie miesięcznie na jedną osobę, nie może przekroczyć:

  • 24 półlitrowych puszek piwa,
  • 2  litry likieru,
  • 0,5 litra wódki raz w miesiącu (lub 1 litr wódki co drugi miesiąc).

Co dziwne na wino nie ma żadnych ograniczeń. Wynika to ze względów historycznych. Wino było bardzo drogie, więc było go w dostatkach i tylko właściciele kopalń mogli sobie na nie pozwolić. Dzisiaj większość Norwegów preferuje właśnie wino pod każdą postacią. Co śmieszne gubernator zamierza wprowadzić zmiany do przepisu dotyczące ograniczenia dostępności piwa, znosząc wyżej podane sumy. My nie zużyliśmy ani jednej kwoty, no bo jak można zamienić świeże lokalne lane piwo na puszkę, któych moższ tu pić bez ograniczeń ? 😛

Lodowe pustkowie

Pierwszego dnia poszliśmy zwiedzać miasto. Pierwsze 2 km zaprowadziły nas do przepięknego maleńkiego i najdalej na północ położonego protestanckiego kościółka. Mimo, iż po drodze spotkaliśmy tylko skutery i wszędzie wiało pustkami to kościół o dziwo był otwarty. Po wejściu przywitała nas przebieralnia. Trzeba było się rozebrać. To znaczy zdjąć kurtki i buty. Zresztą jak w każdym miejscu publicznym na wyspie (szkoła, biblioteka, uniwersytet, czy niektóre z kawiarni).  Po zdjęciu butów możesz pożyczyć sobie bambosze dostępne we wszystkich rozmiarach. Za drzwiami na stoliku z napisem poczęstuj się była zaparzona kawa i pepperkaker czyli norweskie imbirowe pierniczki (jak to w Norwegii bywa…).

Na ścianie wisiała ogromna stara mapa Spitsbergenu, która od razu przykuła uwagę Zdena. Po wejściu na drugie piętro naszym oczom ukazała się urocza sala spotkań i mała biblioteka. Oczywiście sekcji z polskimi książkami nie zabrakło. Kościółek był przepiękny. Prosty jak to na protestanckie przystało. Z dywanikiem. Niedźwiedziem i storczykiem na środku= genialna kombinacja. Mimo, iż na dworze panowała nieludzka zima. W środku było ciepło i bardzo przyjemnie. Po ogrzaniu się wybraliśmy się na dalszą eksplorację miasta. Oczywiście nasze zwiedzanie zakończyło się bardzo szybko. Wraz z zajściem słońca, nastała jeszcze większa zima a my postanowiliśmy spróbować kuchni lokalnej.

SvalBAR

Restauracje, puby i bary w centrum miasta były przepełnione lokalnymi i turystami. My wybraliśmy sobie jedną specjalną miejscówkę, słynną z burgera z łosia i najlepszego lokalnego svalbardzkiego piwa. Miejsce to było totalnym przeciwieństwem naszych restauracji do których chodzimy na kontynencie. Przed wejściem było wydzielone miejsce na broń (tą kwestię wyjaśnię dalej). Klimatyczna muzyka grała w tle, a uśmiechnięte od ucha do ucha kelnerki (co w Bodø jest rzadkością) roznosiły gorące burgery z rozlewającym się piwem. Miałam wrażenie, jakbyśmy byli w arktycznej Pradze. Restauracja pękała w szwach od zadowolonych głośnych gości. My usiedliśmy koło lokalnych … górników.

Początki 

Tożsamość Svalbardu głęboko związana jest z górnictwem. Pod koniec XIX wieku na wyspie odkryto złoża surowców mineralnych, a w 1899 roku  rozpoczęto wydobycie węgla kamiennego który stanowił podstawę gospodarki. Aby ekonomia mogła rosnąć, a wyspa mogła się rozwijać rząd norweski sprowadził 25 mężczyzn z kontynentu do pracy w kopalni, zapewniając im mieszkanie i niezbędne jedzenie potrzebne do przetrwania w ciężkich warunkach. W tym czasie Svalbard wprowadził nawet swoją własną walutę. Po ok. 20 latach liczba mieszkańców zwiększyła się do 140. Rodziny z dziećmi rozrastały się w niewiarygodnym tempie, zapewniając prężny rozwój wyspy.  Z jednej kopalni początkowo zrobiło się 13 i tak szybko wyspa zaczęła ekspandować. Pod koniec lat 80tych na wyspę dotarła globalizacja przynosząca ze sobą kryzys dotykający przemysł górniczy, który przestał być opłacalny. Svalbard powoli przerodził się w Eldorado dla badaczy, naukowców, studentów i turystów. Powstał Uniwersytet Arktyczny, a turystyka zajęła miejsce górnictwa przynosząc największe dochody. Dzisiaj już tylko jedna kopalnia jest czynna, ale firma górnicza ma w posiadaniu ⅓ wszystkich mieszkań i publicznych budynków w stolicy wyspy. Stąd górnicy to drugi po niedźwiedziu symbol Svalbardu.

Ale idźmy dalej.

Kamień Trolla

Największa przygoda była dopiero przed nami. Otóż w trzeci dzień naszego pobytu na archipelagu mieliśmy zaplanowaną wycieczkę na szczyt  o nazwie Trollsteinen (czyli Kamień Trola) – górę o wysokości 850 m n.p.m. Z racji tego, iż Svalbard to miejsce, w którym populacja niedźwiedzi polarnych przewyższa ilość mieszkańców, nie można tu poruszać się  bez broni w wolnym terenie . Dlatego też zmuszeni byliśmy zabrać ze sobą lokalnego przewodnika. No dobra, on zmuszony był z nami iść :P. Ów przewodnik odebrał nas punktualnie  spod naszego motelu, wyposażył nas w niezbędny sprzęt (rakiety śnieżne, termosy, jedzenie) i zrobił krótki kurs obsługi broni (w przypadku gdyby jemu coś się stało). Bardzo cieszyłam się na ten dzień. Pogoda była wspaniała. Mimo iż słońce intensywnie świeciło, było jeszcze zimniej niż dzień wcześniej. To wszytko za sprawą bardzo silnego i mroźnego, arktycznego wiatru. Dlatego mimo , że termometr ukazywał jedyne 26 stopni na minusie, dczuwalna temperatura wahała się w granicach -43 stopni.

Pięta Achillesa- albo raczej stopy Małgorzaty

Nie każdy może iść na taką wycieczkę. Nie w takich warunkach. Dlatego nasz przewodnik zrobił nam krótki wywiad, po którym zwrócił się do mnie i powiedział: jak tylko poczujesz że jest ci zimno w stopy masz mnie niezwłocznie o tym poinformować. Oczywiście zlekceważyłam to co mi powiedział bo mi ZAWSZE zimno w stopy! Wiedziałam, że idąc na tą wyprawę trzeba zaopatrzyć się w ciepłe rzeczy. Od wełnianej ekspedycyjnej bielizny termoaktywnej, po kurtkę z pierza kanadzkiej gęsi, rękawice puchowe i okulary narciarskie. Taki sprzęt miał tylko opóźnić przeniknięcie mrozu do szpiku kości. Mimo to, i tak nie byłam pewna czy dam radę zdobyć szczyt w tak ekstremalnej pogodzie. Ale moja chęć była większa niż obawy. W ten dzień naprawdę mieliśmy pecha, bo akurat wtedy przyszedł zimny front z bieguna utrudniając nam warunki wspinaczki. Wiało niemiłosiernie.

Przeszywająca cisza

Początek wycieczki był dość wymagający, stromy, zlodowaciały i miejscami bardzo wyeksponowany, ale sam przewodnik powiedział, że musimy zwolnić bo nie nadąża za nami. Byliśmy głodni wyprawy. Arktycznej przygody. Nie było czasu do stracenia! Po przejściu pierwszych 250 metrów wzwyż naszym oczom ukazał się arktyczny widok na całą polarną dolinę Longyerbyendalen. W oddali widzieliśmy kolorowe miasteczko (stolicę wyspy) otoczone białym pustkowiem. Dosłownie położone w samym sercu białej NICOŚCI. Niesamowity widok. Dookoła arktyczna pustka. Przeszywająca cisza nie do opisania dla Europejczyka. Lapończycy mają na nią nazwę, złożoną ze zdań opisujących przeżycia wewnętrzne. Ja nie umiem tego określić słowami. Tu natura gra główne skrzypce. Czujesz się tak mały jak jedna z milionowych śnieżynek leżąca pod twoimi nogami. Ja praktycznie cały czas od początku wyprawy czułam się jak taka śnieżynka. Już wtedy zimno powoli wygrywało nad moim krążeniem i przestałam czuć palce u nóg. Ale arktyczne piękno krajobrazu dodało mi takiej energii, że w ogóle nie zwróciłam na to uwagi.

Idąc dalej rozmawialiśmy o geologii tego miejsca. Ponad 60% całego Svalbardu zajmują lodowce. Idąc na szczyt również poruszaliśmy się po lodowcu, który co roku mniej lub bardziej zmienia swoje formacje i ukształtowanie. Dlatego żeby się tam udać zimą trzeba mieć wiedzę, orientację terenu oraz dobrą znajomość trasy….albo przewodnika 🙂

Jak grom z jasnego nieba

Po tym jak jedna rakieta śnieżna zaczęła robić mi problemy w stromym i bardzo nachylonym terenie, nie wytrzymałam i przyznałam się że zimno sparaliżowało mi nogi i już nie czuje palcy u stóp. Przewodnik zatrzymał się, dziwnie orientując się w terenie. Nie odpowiedział nic. Jakby badał zaistniałą sytuację. Plusy. Minusy liczył w głowie. Po chwili uśmiechnął się i powiedział: W takim razie musimy zejść do najbliższej jaskini lodowcowej. A to znaczy, że musimy znaleźć tunel jaskini i nim zejść ok. 30 metrów w dół pod sam lodowiec. Jak to do jaskini, przecież mi jest ZIMNO?- pomyślałam.

Arktyczny korytarz

Jak tylko doszliśmy pod sam tunel prowadzący do jaskini myślałam, że umrę ze strachu. Plecaki musieliśmy zostawić na zewnątrz bo było zbyt ciasno i ograniczyłyby nam ruchy. Droga była wąska, stroma, śliska i CIEMNA. Nie było nic widać. Stroma ścieżka ozdobiona była polodowcowymi niespodziankami. Za każdym zakrętem oczom ukazywały się nowe głębokie i wąskie lodowe szczeliny. Nogi plątały mi się, nie z zimna ale ze STRACHU. Na dodatek w ręce musiałam trzymać telefon z włączoną latarką żeby cokolwiek widzieć. Po tym jak zobaczyłam min. 60 metrową przepaść  żałowałam, że w ogóle miałam go ze sobą. Mój lęk wysokości wolałby tego nie widzieć.

Wahadełko

Po 10 minutach zjeżdżania jak rak na pupie wąskimi korytarzami lodowymi, doszliśmy na miejsce gdzie była na tyle duża przestrzeń, że mogliśmy się postawić. To była jaskinia lodowcowa. Przepiękna. Błyszcząca. Mieniąca się lodowymi kolorami tęczy. Przewodnik pokazał mi genialną taktykę rozgrzewającą nogi. Musiałam zaprzeć się obiema rękoma o ściany jaskini i stojąc na jednej nodze podnosić drugą do góry z przodu do tyłu. Jak najszybciej mogę. Niczym wahadło w starym ruskim zegarze z kukułką. Moje palce były w tak złym stanie, że przewodnik wybrał drugą opcję ich ogrzania.

Lodowe Karaiby

Kazał mi usiąść na śniegu, zdjąć skarpetki i jedną nogę położył sobie na brzuchu, a drugą Zdenowi. I w ten oto sposób moje nogi powoli zaczęły odzyskiwać czucie w palcach. Na początku ból nie z tej ziemi. Odmarzające palce bolą jakby ktoś wbijał żyletki w same stopy i rozcinał skórę. Później uczucie spuchniętych, dwa razy większych stóp, czujesz jakby krew nie miała miejsca w palcach. Na końcu przychodzi ogromna ulga.  Nareszcie możemy iść dalej. Sama jaskinia zrobiła na mnie potężne wrażenie. Niesamowita przestrzeń. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby wejść do jaskini lodowcowej tylko po to żeby się ogrzać. W samej jaskini było w granicach zera stopni więc miałam wrażenie jakbyśmy w środku lodowej krainy nagle znaleźli się na Karaibach!

Biały policzek

Po wyjściu z jaskini czekał nas najgorszy teren. Jeszcze silniejszy wiatr z lokalnymi opadami śniegu nasilił się tak, że nie było nic widać. Pogoda bardzo szybko się zmieniała. Nagle słońce wygrało wojnę nad lokalnymi chmurami oświetlając opadające jeszcze śnieżynki. Wyglądały jak spadający z nieba  brokat. Coś wspaniałego. Ostatnie 150 metrów było bardzo wymagające. Szliśmy wydeptanym szlakiem po stromym zlodowaciałym grzebieniu górskim. Wiatr był coraz silniejszy, a ja coraz słabsza. Nienawidzę wiatru. Może być obojętnie jak zimno- nie przeszkadza mi to. Ale wiatr zabierze mi każdą cząstkę wewnętrznej energii. Nie mogę oddychać. Kręci mi się w głowie. Ciężko mi się rusza. Agonia. Dochodząc do szczytu zatrzymywałam się co chwilę robiąc wahadełko raz jedną raz drugą nogą. Oczywiście palce miałam już z powrotem zamarznięte. Nagle zobaczyłam, że prawy policzek Zdena jest biały. To niedobry znak. Przewodnik szybko zdjął swoją rękawicę i położył mu ciepłą rękę na twarz, ogrzewając białe miejsce. Trzymał minutę po czym kazał mu przykryć całą twarz bufką. Był o krok od odmrożonego policzka.

Łapawica

Na samym szczycie było tak zimno, że nie sposób było robić zdjęcia. Wichura odebrała mi czucie w palcach tym razem u rąk. Jak tylko chciałam wyjąć telefon, żeby upamiętnić tę chwilę, szybko go schowałam. W takich warunkach każdy ruch może okazać się niebezpieczny. Silny wiatr może porwać ciepłą rękawiczkę i w przeciągu kilku minut spowodować odmrożenia. Będąc na górze przyszły kolejne lokalne opady śniegu więc nic nie było widać. Zjedliśmy krakersy. Napiliśmy się herbaty i czym prędzej udaliśmy się w drogę powrotną. Po zejściu z grzebienia było już tylko lepiej. Chmury odsłoniły słońce i zadowoleni, spełnieni i szczęśliwi schodząc ze szczytu rozmawialiśmy z przewodnikiem o warunkach w jakich żyję się na wyspie.

Pamiątka ze Svalbardu

W pewnym momencie Zdeno zatrzymał się żeby uwiecznić tą chwilę i wyjął dron. Ja z przewodnikiem szłam dalej rozmawiając. Nie miałam prawa zatrzymać się nawet na chwilę. To groziłoby kolejnym zejściem do jaskini- a tego nie chciałam. Po chwili Zdeno zniknął nam z pola widzenia i przewodnik nagle się zatrzymał. Powiedział, że nie powinien go zostawić bo nigdy nie wiadomo kiedy może pojawić się niedźwiedź. Jak tylko uświadomiłam sobie powagę sytuacji. Czym prędzej zawróciłam. Zdeno szedł już w naszym kierunku. Ja jeszcze o tym nie wiedziałam, ale z odmrożeniami rąk . Wystarczyło 15 minut operowania drona (bez ruchu w cieńszych rękawiczkach) na to, aby mróz dostał się pod skórę powolutku zamrażając mu tkanki. Miał szczęście że zakończyło się tylko odmrożeniami 1 stopnia. Po całej wycieczce bardzo zmęczeni i szczęśliwi w podskokach doszliśmy prosto pod nasz motel. Ta wycieczka nauczyła nas wielu rzeczy. Głównie tego, że zawsze jest dalej niż się myśli. Trudniej niż się oczekuje i ciężej niż się wydaje. Po tej wycieczce cieszyłam się że mamy ciepły pokój, z gorącym prysznicem i grzejnikiem.

Ludzie północy

W ostatni dzień poszliśmy do słynnego Svalbard Muzeum  i na UNIS (Arktyczny Uniwersytet) głodni tym razem inspiracji i ciekawostek o dawnym życiu na wyspie. Ciekawa lekcja geologii, historii, norweskiej kultury dała mi inne spojrzenie na to miejsce. Nagle wyspa nabrała nowego znaczenia. Pomyśleć, że pierwsi ludzie musieli wszystko wybudować sami w tak ciężkich warunkach? Gdzie permafrost czyli wieczna zmarzlina trwa przez cały rok, a w ciężkich zimowych warunkach wyspa odcięta była od świata na parę tygodni. Noce polarne trwają od października do marca, nie można tam pochować ludzi, a przyrost naturalny równy jest zero. Nie dlatego, że mieszkają tu sami mężczyźni ale gł. dlatego, że na wyspie nie ma szpitala. Kobiety w ciąży minimum 3 tygodnie przed rozwiązaniem zmuszone są opuścić wyspę i dostać się samolotem do najbliższego miasta na kontynencie. Z racji ograniczonej służby zdrowia na Svalbardzie mieszkają głównie młodzi ludzie. Osoby chore proszone są przez gubernatora o opuszczenie wyspy i powrót na kontynent. Dlatego średnia wieku nie przekracza tu 40 lat. Wyspę głównie zamieszkują rodzinki z dziećmi, studenci, naukowcy, badacze oraz miłośnicy arktycznych warunków. Zdeno też pragnie się tam przeprowadzić. Jedno jest pewne… po tej wyprawie oboje zakochaliśmy się po same uszy w tym odległym, arktycznym miejscu. Niestety nigdy nie widziałam Zdena tak smutnego jak wtedy, kiedy opuszczaliśmy archipelag… Może, jednego pięknego, białego dnia uda nam się tam przeprowadzić? 🙂

Zapraszam na nasz króki filmik o Svalbardzie!