Tajlandia, moja dreamlandia <3

Polecieliśmy do Tajlandii tylko z dwóch powodów. Po pierwsze i ostatnie, jest to raj dla kochających GÓRY I MORZE eco-turystów. Ta kombinacja nigdy nie przestanie mnie zadziwiać i zawsze będzie moim wyznacznikiem dalszych podróży. Dzikość przyrody i bogactwo świata zwierzęcego w połączeniu z przemiłymi buddystami, którzy nawet takiemu stworzeniu jak komar pozwolą żyć- powoduje, że ten kraj jest wyjątkowy.

Do Krabi dolecieliśmy 10 grudnia 2015r., po 10,5 godzinnej podróży. Lot trwał stosunkowo krótko, ale strefa klimatyczna była nie do przeskoczenia. Z Wawki wylecielismy o 14 wiec o 24 czasu polskiego wylądowaliśmy w Krabi, gdzie dzień dopiero budził się do życia pokazując godzinę 7 rano!

Upał, ok 60% wilgotności powietrza, żar słońca i duchota, w połączeniu z bezsenną nocą już od rana dawał się we znaki. Zanim dojechaliśmy do naszego hotelu była godzina 9 i na śniadanie przywitali nas ryżem, mięsem, masą jajek i makaronu. Zmęczeni i najedzeni poszliśmy do pokoju wziąć prysznic i przejść się po okolicy bez snu! Był to ogromny błąd, bo jak tylko zaszliśmy na plażę to skończyliśmy w barze z poł litrowym, orzeźwiającym, zimnym, tajskim piwkiem-Singa! Po którym drzemka na ciepłym piasku pod palmą, spowodowała jeszcze wieksze zmęczenie.

Otóż pierwszy dzień był ciężki, ale już od początku zafascynowali mnie mieszkańcy. Otóż, sącząc zimne piwko obserwowaliśmy mieszkańców Ao Nang, którzy poruszali się na malutkich skuterach w szaleńczym tempie. Podczas gdy, turyści byli wożeni tuk-tukami przez szalonych driverów za kierownicą, którzy usiłowali za wszelką cenę wepchnąć się w najmniejszą dziurę i zakamarek w środku ulicznego korku! Na moją uwagę i zdziwienie zasłużył fakt, że na jednym skuterze zmieści się dosłownie- cała rodzinka licząca ojca, matkę i trójkę małych dzieci. Szaleństwo! Do tego sklepiki, kioski, lodziarnie oraz mobilne restauracje z fast-food’em sprzedając smarzone krewetki, pędziły po ulicach. Wszystko co tylko da się wsadzić na motor i sprawnie przetransportować na wybrane uprzednio miejsce. Fascynujące!

Drugi dzień odkrywania Tajlandii zaprowadził nas na plażę Railay, na której oprócz wygrzewania zafundowaliśmy sobie dawkę kajaków. Wypożyczyliśmy kajaki na 3 godziny, dzięk czemu mieliśmy dużo czasu na eksplorację małych wysp okalających wybrzeże i jaskiń pełnych stalaktytów i stalagmitów. Przy ciekawszych miejscach Zdeno nurkował i nagrywał życie podwodne. Mi natomaist, najbardizej podobała się jedna malutka wyspa z tajemniczą jaskinią do której można było dostać się za pomocą liny, wspinając się 3-4 metry w górę!

Drugiego i trzeciego dnia wyleciliśmy do Bangkoku, zwanym inaczej „The City of Angels”. Podróż do stolicy Tajlandii zaplanowałam długo przed naszym wyjazdem, z racji tego że nie jestem faworytką zorganizowanych wycieczek fakultatywnych przez biura podróży. Tą opiszę dokłądniej w kolejnym poście, pt. „One night in Bangkok” 😉

Jak tylko wróciliśmy do Krabi udaliśmy się na przejażdżkę na słoniach po dżungli z drzewami kauczukowymi.  Dreszczyku emocji dodała nam już tylko wyprawa na 35 letniej słonicy. Zdeno zakochał się w niej od pierwszej przejażdżki i do dzisiaj żałuje że mamuty wyginęły uniemożliwiając mu ich spotkanie!

Kultowy moment nadszedł, gdy szofer naszego słonia  usiłował sprzedać nam „hande made” wisiorek  z prawdziwej kości soniowej. Była to śmieszna sytuacja, a na pewno dla mojego przyrodnika i miłośnika zwierząt której długo nie zapomni.

Po elephant safari udaliśmy się do Świątyni Tygrysa -Tiger Tempel „Wat Tham Suea” z posagiem buddy na wzgórzu, do którego prowadzą schody z 1237 stopniami. Wejście zajęło nam ok 20 minut, ale trzeba było się nieźle napocić przy tym upale. Zdejmując koszulkę i bedąc w samym stroju zrobiłam jeden z największych błędów, na jaki mogłam sobie właśnie tam pozwolić.

Otóż, światynia Wat Tham Suea jest głównym miejscem kultu buddy i jednym z najbardziej świętych miejsc buddyjskich w prowincji. Miejsce to przyciąga pielgrzymki z całej Azji. Dowiedziałam się o tym, jak weszłam na samą górę a chińczycy którzy mnie zobaczyli o mało co mnie nie zabili swoim wzrokiem. Na szczęście jedna pani grzecznie zwróciła mi uwagę, tłumacząc że jest to miejsce święte. Poczułam się jakby jakiś turysta będąc w Częstochowie paradował w stroju kąpielowym przed samą Panienką na Jasnej Górze. Szybko przeprosiłam i ubralam się.

Widoki były nie do opisania. Spokój. Cisza. Panoramiczne widoki na prowincję Ao Nang, prosiły o refleksję. Monumentalna, złota rzeźba samego buddy nadaje wyjątkowy charakter temu miejscu, a medytujący buddyści dodają powagi sytuacji. Małpy które przez całą drogę usiłowały ukraść ci wodę z ręki, nagle zniknęły, jakby wiedziały że to nie jest miejsce dla nich.

Miejsce to zaprasza do refleksji i wyciszenia się w samym środku szalonych tajskich wakacji. Harmonijne. Nie dziwię się, że buddyści wybudowali właśnie tam świątynię. Uwielbiam takie miejsca. Dokładnie tego samego spokoju, który znajduję na szczytach norweskich gór doznałam właśnie na tej wycieczce. Zdecydowanie musisz doświadczyć tą przeszywającą ciszę na własnej skórze i odwiedzić tą wypełnioną spokojem świątynię. Gorąco polecam.